1000 sposobów na brak letniej nudy...
Łapa coś wspominał o Sowach, które nie potrafią dotrzeć z listami z Hogwartu... w zasadzie to moja ulubiona zabawa zaraz po śniadaniu. Siadamy z Łapą na molo nad jeziorkiem i wypatrujemy skrzydlatych gości, bynajmniej niepożądanych.
- Jest!
- Brunatna, to pewnie do Glizdka..- wydedukował nawet całkiem mądrze Łapa. I właśnie wtedy coś świsnęło mi do głowy, spojrzałem w te zaintrygowaną tak znaną mi już gębę Łapy i wszystko było już jasne. Będzie zabawa!

Glizdogon z Lunatykiem zmywali naczynia, to jedna z mugolskich tradycji, którą wprowadziliśmy na biwaku. Czasem fajnie jest się pobawić w niemagicznych. Jest co wspominać... w każdym razie Glizdek właśnie zajmował się jednym z garnków, kiedy wielka brunatna sowa zaczęła się do niego zbliżać. W jednej chwili garnuszek wylądował na ziemi...
- Aaaałaaa... przestań wpijać we mnie te pazury! - to Lunio darł się na Glizdka, który stwierdził, że za wilkołakiem najlepiej się ukryć. Sowa już wypuszczała swój list z dzioba, już zaczynał się ten przerażający głos, po całym lesie niosło się echoo:
- Nieeeeee !!! - błagał Glizdek - to nie ja, to oooni, to nie ja!... Hej ja dzisiaj nawet pół czaru nie użyłem.. Zaraz! Naprawdę! Roooogaaatyyyy, Łaaapaaaa !!!
I wtedy list spopielił się w powietrzu, a Sowa zamieniła się w motyla, który jakby nigdy nic odleciał gdzieś hen daleko.
- Fiu, fiu... aleś nasrał w gacie - skomentował to Luniek - ja tam wiedziałem od początku, że do ście...BUM
- AŁA - wrzasnął Luniek, o którego właśnie rozbiła się biała sowa, list już się rozwinął i nad leżącym, plującym piachem Luniem rozlegał się gromki głos- Ministerstwo Magi uprzejmie informuje....BUM - Lunatyk skasował list jednym machnięciem różdżki.
- Rany Merlina! Przecież za to masz sąd w Ministerstwie jak nic!
Śmiech dochodzący z leśnej ścieżki z nad mola sprawił, że Glizek wcale nie był pewien tego, co zrobił. Już wyłanialiśmy się z Łapą zza drzew, Lunatyk wstał, otrzepał się i z mega poważną miną rzekł do Glizdka:
- Od kiedy to Mój Drogi Glizdogonie Ministwerstwo Magii wypowiada się głosem Rogacza ? - i palnął go w łeb
- AŁA
- Może się wreszcie nauczysz. A teraz, zanim tu dojdą...
Reszty już nie usłyszeliśmy, ale należało się spodziewać, że właśnie Glizdogon przepadł w obozie wroga. Wszystko właściwie było jasne, właśnie zaczęły się wakacje - najwyższy wiec czas odbyć pierwszą rudnę obozowej wojny. Skoro ma się do dyspozycji cały las, jeziora i łąki. Łapa spojrzał na mnie spod grzywy swoich włosów i już wiedziałem, że my też jesteśmy gotowi do bitwy. No. Prawie gotowi... PLASK
- Ej no Rogacz, i TY BRACISZKU ? Przeciw ?
- Daj spokój - PLASK - przecież musimy mieć barwy bojowe!
- Następnym razem jak trzaśniesz we mnie jakimś łajnem to na długo pożałujesz swoich pomysłów!
Zgodnie z tą durną zasadą gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta... zostaliśmy schwytani w sieć i....
- Ach hahaha, hahaa haahha
- Łapa, Ty się śmiejesz jak panienka! - skomentował to Glizdek.
- Hahahha, też byś haa, haha tak sie hahahha śmiał hhahaha - próbował mu odpowiedzieć Łapa a ja postanowiłem mu pomóc
- Jakby Cie hhehe jakieś hahahe glonoświństwa hhehehe podgryzały hehehe
- Po dupie! - pomógł mi Łapa.
- Zupełnie nie zasłużyliście na te wakacje - mądrzył się Lunatyk - te glonoświństwa to są konkretnie gloniki śmieszkojadki.
- Wszystko hahehe mi haha jedno ! - darłem się - ale weźcie to hehehah ZEEE MNIEEEEE !!!
Uff. Wreszcie udało mi się wydobyć różdżkę, oswobodziłem mnie i Łapę, trzasnąłem oszałamiaczem w kolejną sowę szybujacą już nad jeziorem i zateleportowaliśmy się z Łapą za Glizdogonem i Lunatykiem - którzy ze słusznym strachem prysnęli nam na pobliską polanę...

Co im zrobiliśmy i jak bardzo byliśmy niegrzeczni dowiecie się napewno niedługo, jak już wszystkie rany się zagoją :)
Wasz Najfajniejszy


swiat-rogacza 2011-03-09 18:28:43
skomentuj (8)
Wspomnienie Lata
My tak zawsze o tym rozwalaniu Hogwartu... a zastanawialiście się kiedyś co my robimy kiedy nas tam nie ma?
No ale przecież nie zamieniamy się na czas wakacji w jakichś nudziarzy snujących się z kąta w kąt. Wiecie, pewne nawyki to zostaja na dłuzej ;).

Nawyki nawykami, ale biwak w wykonaniu Huncwotow nikomu wejść w nawyk nie może. Z różnych względów, głównie pewnie dlatego, że jest kompletnie nieprzewidywalny. O tych naszych biwakach - a wybieraliśmy się na nie w ciągu każdego lata wielokrotnie - to można by opowiadać i opowiadać i opowiadać...
Na biwaku najlepsze jest to, że nie trzeba wstawać na czas. Zadnych pobudek o 7 rano! to znaczy.... eeee... jeśli ktoś kogoś "przypadkiem" nie wrzucił do jeziora. Mamy takie nasze ulubione biwakowe miejsce. Las, las, las... bardzo zielona polana i bardzo jeziorowe jezioro.

Pierwszej nocy oczywiście zaszaleliśmy aż do białego rana (od zawsze mam jednak nadzieję, że to jezioro nie było jedynym wodopojem w okolicy, bo jeśli było to wykończyliśmy na pewno masę zwierząt - po tych hałasach 24 godziny na dobę nie możliwe by podeszły w tą okolicę przez następne pół roku), więc nikt niczego nie miał nawet siły wymyślać. Wszyscy padliśmy spać - jak dłudzy - jak tylko znudziło nam się świętowanie nadejścia lata. za dwa dni miała nadejść pełnia, więc tym bardziej cieszyliśmy się na nasz biwak w miejscu którego chyba nie oglądał nigdy żaden mugol - mogliśmy sobie szaleć do woli i w dowolnej formie. Niby nie wolno nam używać czarów poza szkołą ale, hmmm. Wiecie jak jest.

A poza tym, jakimś cudem, sowy z tymi wiadomościami, jakoś nigdy nie mogły trafić do adresatów. "Ciekawe" dlaczego.

W każdym razie miałem to szczęście obudzić się pierwszy tego pięknego poranka i wynudziwszy się potwornie (po dwóch sekundach samotnosci) postanowiłem jakoś rozweselić świat. Lasu nie będę przeciez rozwalał, szkoda takiej ładnej zieleni, w zwiążku z czym postanowiłem zadowolić się tym, co miałem. Czyli namiotem z Rogatym, Luniaczkiem i Glizdkiem w środku.

Spojrzałem na zegarek. 12 nie jest już aż tak fajna godziną na „niespodziankowe” budzenie, jak 6:00, ale nie mogłem tego zrobić o 6:00, bo poszliśmy spać dopiero o 7:30. Wylewitowałem sobie Glizdka z namiotu i umieściłem go gdzieś w połowie wysokiej na ze 25 metrów sosny. Niech się chłopak zaprzyjaźnia z naturą, a co! Ale nie będę go budził, niech sobie śpi. Jeszcze jeden ruch różdżką, i Rogaty wisi sobie przede mną – śpi w najlepsze, tuląc do siebie poduszkę i mruczy pod nosem coś o Evans. Hah, nawet poza szkołą ten tylko o niej... oszaleć można.
Przekręciłem sobie Rogatego do góry nogami. Chrapnął, ale poduszki nie puścił. Spojrzałem na to krzywo po czym potrząsnąłem nim lekko z góry na dół. Nic. Śpi.
A mi się nudzi!
Więc postanowiłem, że przjedziemy sie razem na spacer. To taka śliczna okolica. Przedarliśmy się przez trochę krzaków, Rogatemu udało się nawet trafic w dwa drzewa.
Zgadnijcie co? Tak, on dalej śpi. To nie Hogwart wywołuje u niego taka senność.
Znalazłem fajne nowe mrowisko tęczowych mrówek (zdziwilibyście się ile magicznych stworzen mieszka w mugolskich lasach! Tylko mugole nie potrafią patrzeć.), gdzieś na konarze skrętko-ogniki wystawiały się do gorącego słońca a po dębie wspinał się trujący bluszcz. Napotkanym absolutnie nie magicznym jeleniem pewnie bym sie zachwycił, gdybym nie widywał niemal identycznego co drugi dzien. I codziennie w troszke innej formie.
Spacery sa swietne, ale sam do siebie nie bede gadał, a Rogaty był kompletnie nierozmowny – a w kazdym razie nie ze mną. Nadal dusił poduszke – chyba myslał, ze to Evans – i nawijał cos o jej pieknych zielonych oczach. Poduszka milczala w odpowiedzi na te zaloty, a ja jakos nie moglem sie wczuc w konwersacje, więc postanowiłem wrócic nad jezioro i sprawdzić czy Luniek albo Glizdek sie jeszcze nie obudzili. W miedzyczasie przeciagnalem Rogatego przez jeszcze kilka porcji krzakow, ale on dalej spal w najlepsze.
Len.
Stanąlem sobie nad brzegiem jeziora, nudzac sie jednak potwornie, i jakos tak sie zamyslilem, ze Rogaty mi troche odplynal, w kierunku tafli jeziora. Jego wlosy dotykaly powierzchni wody, w sumie to byla niezla zabawa, zupelnie jakby James byl pedzlem, a jezioro – obrazem. Postanowiłem troche pomalowac, ale jakos to obudzilo Rogatego. Ciekawe dlaczego.
Zajelo mu to chwile by zrozumiec co sie dzieje. Przycisnal poduszke mocniej do piersi.
- ŁAPA! Co ty wyczyniasz?! PUSZCZAJ NATYCHMIAST! – wrzasnął.
- Jasne! – odkrzyknąłem i puściłem. No co. Sam chciał.
Trudno powiedzieć, czy Glizdogona obudził ten głośny plusk, z jakim Rogaty wpadł do wody, czy ten bardzo głośny wrzask, z jakim z niej wyskoczył.
- ŁAAAAAAAPAAAAAAAAA!!! TO JEST ZIMNEEEEEEEEEEEEEEEE! JA MAM WAKACJE! JA SOBIE ZASŁUŻYŁEM ŻEBY SIĘ WYSPAĆ! NIE ZYJESZ!!!!!!!! – darł się, próbując wyplątać się z jakichś wodorostów. Ja tymczasem na plaży pokładałem się ze śmiechu.
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! – usłyszałem po dosłownie sekundzie, a ten piękny popis wokalny zakończyło głuche „BUM”. Od kiedy szyszki spadające z sosen sie tak drą – ha! I od kiedy one są takie duże. Odwróciłem się. A nie, to tylko Glizdek dojrzał i spadł.
- Auaaaa – jęknął żałośnie, pocierajac tył głowy - jak ja tam wlazłem? – zapytał, spoglądając na mnie.
- Lunatykowałeś – odparłem z najmniej poważnym wyrazem twarzy na jaki było mnie stać.
- Znoooowuuuuu – Glizdek wierzy mi za absolutnie każdym razem kiedy mu to powiem. Nawet, jeśli wlewituję go w miejsce, w które sam absolutnie nie miałby szans wejść.
- CO TU SIĘ NA GŁOWĘ MERLINA DZIEJE!!!!!!!!!!! – Luniek wypadł z namiotu zaplątany w jakiś koc i natychmiast wyrżnął jak długi – Ja mam wakacje! Ja sobie zasłuzylem zeby sie wyspac! – pozalił sie.
- Nie wiem – odparłem niewinnie – Rogaty plywa, Glizdek sie wspina, obaj sie drą a ja sie nudze.
- ŁAPA! JUZ JA CIE ZARAZ OD TEJ NUDY OCALE! – wydarł mi sie do ucha Rogaty który wyrósł z nikad za moimi plecami i złapał mnie w pół. Jak sie wkurzy to i bez rózdzki potrafi byc calkiem silny.
- Rogaty, odstaw mnie natychmiast NA LĄD! – powiedziałem, starając sie byc spokojny. Rozrywka nie koniecznie miała sie ograniczac do wrzucania do lodowatej wody MNIE. – przeciez sam chciałes, zebym Cie puscił!
- Tak, chciałem – ale nie koniecznie akurat TAM! – warknął, po czym wrzucił mnie do tej lodowatej wody, w miejsce gdzie były najgorsze glony. Probowalem pociągnąć go za sobą, ale palce mi się ześlizgnęły z jego mokrej koszulki. Wpadłem do wody razem z głową, ale wynurzając się usłyszałem kolejne „Plum” – rozejrzałem się wokoło i zobaczyłem kompletnie zdezorientowanego Luniaczka, tarzającego się po piasku Glizdogona i Rogacza... tuż obok mnie.
- Glizdek, ja cie ZABIJE!!!!! - Tym razem Rogaty wypadł z wody jak strzała i po chwili zostałem chluśnięty kolejną porcją lodowatej toni po tym, kiedy Glizdek wylądował w jeziorze. A potem Rogaty wylądował na mojej głowie.
- Sorry, nie trafiłem! – dobiegło z plaży. Luniek właśnie chował różdżkę do tylnej kieszeni szortów.
Wszyscy trzej dopadliśmy go dopiero po kilometrze – biega jak strzała, ale nie martwcie sie – tez został wykąpany, a jak.

No coż, wiadomo, ze po takiej pobudce nikt juz spac nie poszedł. A zreszta – kto by spał w wakacje?! Szkoda marnowac czasu, od tego jest szkoła, wtedy sie spi.

Rozpalilismy sobie ognisko, zeby być grzecznym i nie uzywac czarow zerwałem jednego skrętko-ognika i zjedliśmy fajne, biwakowe sniadanie – prawie jak mugole.

- No dobra – powiedział Rogaty, kiedy już wyschlismy od tych wodnych szalenstw i napchalismy nasze przepastne brzuchy – to co dzisiaj bedziemy robic?


Ale o tym, co robilismy, to juz wam opowie ktos inny.
Znikam

Wasz

WSPANIAŁY!


swiat-rogacza 2011-02-02 08:36:23
skomentuj (16)
Bunt C.D.
Poprzednią opowieść miał Wam skończyć Luniek, ale niestety wszystko przegapił w kompletnym zaczytaniu, więc w końcu to ja muszę to zrobić.
Ale mam nadzieję, że się ucieszycie, bo w końcu tęskniliście? ;) 

Rogacz dalej podśmiewał się pod nosem i nie chciał zdjąć ze mnie tych pcheł. W ogóle nie mogłem zjeść sniadania. Znacie mnie - trudno mnie zagiąć jakimś zaklęciem, ale trudno też pozbyć się magicznych pcheł z samego siebie. Bo magiczne pchły to takie wredne małe stworzonka - one nie powodują, że cię swędzi - w końcu są magiczne. One powodują że ty się po prostu musisz podrapać. Nie ma "nie, nie podrapię się". To już nie jest zależne od ciebie. A trudno jest w cokolwiek wycelować, kiedy własne ręce cię nie słuchają.

po kilkudziesięciu minutach, chyba zmęczony moimi jękami Luniek wycelował z nad książki mniej-więcej w moim kierunku, najwyraźniej chcąc mi pomóc.
ale, zaklęcia też nie łatwo się rzuca, kiedy się nie patrzy co się robi. Tak więc zamiast trafić we mnie, wycelował niechcący w oblepionego galaretą Glizdka. Swoją drogą patrząc na niego bardzo trudno było utrzymać powagę, ale starałem się jak mogłem. W końcu mieliśmy być od teraz poważni. 
Podobno. 
W każdym razie, kiedy Luniek trafił Glizdogona zaklęciem przeciwko pchłom, galareta rozbryzgnęła się po całej Wielkiej Sali. Na Glizdogonie zostały tylko resztki, które za nic nie chciały się odkleić, natomiast wszyscy - a już na pewno wszyscy w najbliższej okolicy - byli w galarecie. Spory jej placek wylądował na głowe Rogatego, ale ten nic nie powiedział tylko spojrzał na mnie z wyrzutem. Najwyraźniej jednak wziął to bycie poważnym bardzo na poważnie. 
Sporo też wylądowało na książce Luniaczka, co chyba nawet zauważył bo cisnął na oślep kolejnym zaklęciem. Tym razem w powietrze wyleciały i powolutku opadły drobne strzępki szaty. Pozostała jej część będąca nadal na Glizdku się zapaliła. Spróbowałem to ugasić różdżką, ale niechcący trafiłem strumieniem wody jakiegoś Ślizgona... przeklęte pchły! Bo przecież takich rzeczy się nie robi jak się ma być poważnym. 

Ale Ślizgoni albo nie słyszeli naszej rozmowy, albo nie wzięli jej na serio. Za to moją wodę wzięli za pretekst do rozróby. I to typowo mugolskiej, bo w powietrze zamiast zaklęć poleciało... jedzenie! Do galarety na głowie Rogatego - której notabene nadal nie mógł się pozbyć - przykleiła się jakaś bułka i kawałki marchewki, ja próbowałem odpierać atak, ale to też robi się nie łatwo kiedy twoje ręce zamiast rzucać - drapią. W związku z czym parę rzeczy zamiast rzucić wtarłem sobie w szatę - tak tak, wiem, mieliśmy być poważni, ale to w końcu w samoobronie, nie?
W powietrzu latało już dosłownie wszystko, Glizdek biegał przez chwilę dookoła z płonącą szatą, ale szybko ktoś się zlitował i ugasił go dzbanem soku dyniowego. Próbował ją sobie załatać różdżką, ale chyba w tym zamieszaniu nie mógł się skupić, bo łaty wyszły mu zielone w szkocką kratę. 
Zobaczyłem jak ciasto dyniowe przelatuje przez głowę Prawie Bezgłowego Nicka. Ktoś powiększył kurze jajko - bo z tego co pamiętam to strusich, albo raczej dinozaurzych czy smoczych, patrząc po rozmarze, w Hogwarcie nie podają - i cisnął nim z drobną pomocą magii ku stołowi Krukonów. "Troszkę" nie trafił bo jajo walnęło z pełnym impetem o kandelabr który rozhuśtał się i spadł prosto na stół Puchonów. Postaci z obrazów pochowały się poza ramami. Kątem oka zobaczyłem domowego skrzata przebiegającego przez Wielką Salę tulącego do siebie jakis - najwyrazniej bardzo cenny i bardzo magiczny - wazon. Ktoś wrzucił kogoś innego w ferworze walki do kominka, co spowodowało że wielka chmura sadzy wystrzeliła w powietrze. Glizdogon próbował się wycofać, ale potknął się o tego biednego chłopaka wyczołgującego się z kominka, i wpadł na jakąś zbroję. Zbroja ożyła i zaczęła ścigać Glizdka po Wielkiej Sali usiłując nadziać go na swoją ostro zakończoną dzidę. 

No, nieźle narozrabialiśmy. A nie było nawet 8:30. I to w dzień w który mieliśmy być "grzeczni". Coz to za durny pomysl! 

Rozejrzałem się po Wielkiej Sali. I dwie osoby zwróciły moją uwagę. 
Jedyną osobą która nie wyglądała na ani trochę poruszoną tym wszystkim był Luniek. Nie zważał na odbijające się od niego parówki i pomidory rozsmarowane po okładce, tylko przekręcił kolejną kartkę i dalej czytał tą swoją książkę. Poznałem tą książke - Rogaty kupił ją kiedyś żeby.... a, nawet nie pamiętam po co ją kupił, ale wywołał nią juz raz spore zamieszanie i w końcu McGonnagall ją skonfiskowała... skąd on ją wytrzasnął z powrotem?! 
Drugą osobą była Lilly Evans - stała w kącie i walczyła ze śmiechem. Była jedyną osobą w niczym nie umazaną. Ruszyla w naszą stronę z wyrazem twarzy, który ja określiłbym jako groźny dla życia... naszego. Kawałek przelatującego placka spadł na skraj jej szaty. Spojrzała na niego z obrzydzeniem i zniknęła go jednym leniwym machnięciem różdżki. Przełknąłem nerwowo ślinę. Dwie pchły jednocześnie ugryzły mnie w tył szyi i stopę. Wykonałem jakąś dziwną figurę żeby się podrapać. Rogaty nie wytrzymał i parsknął śmiechem. 
Lilly była juz bardzo blisko, a po morderczym wyrazie jej twarzy zrozumialem, ze nie za wiele z nas za chwilkę zostanie. Ale w tak zwanym miedzyczasie do sali wpadła McGonnagall wraz z profesorem Tilgrey'em, przetoczyła wzrokiem po sali i wrzasnęła: 
- POTTER! BLACK! CO TO MA BYĆ NA BRODĘ MERLINA!!!!!!!!! 
wrzasnęła tak głośno, ze nawet Evans się zatrzymała. Wrzasnęła tak głośno, że nawet Rogaty się obejrzał. Tylko Luniek pozostał kompletnie niewzruszony. 
Na sali zaległa kompletna cisza, przerwana tylko wrzaskiem przebiegającego Glizdogona i metalicznym trzaskiem ścigającej go zbroi. McGonnagall uziemiła zbroję jednym machnięciem różdżki, a Glizdek wyrżnął jak długi o przewróconą ławkę. 
I jedyną osobą, która na to wszystko nie zwróciła uwagi był Luniek. Spokojnie przewrócił kolejną kartkę. 
I ten bezruch go zgubił. McGonnagall dopadła go dwoma susami jak kot, którym w końcu była, moze dlatego tak mnie nie znosi, i wyrwała mu książkę z rąk, nawet nie zastanawiając sie co to takiego moze być, ze Luniek tak namiętnie to czyta. 

- LUPIN! Moze mi wyjasnisz, co tu sie dzieje?! Co tu robi prefekt siedząc i czytając książkę podczas gdy wszyscy obecni w Wielkiej Sali próbują ją rozmontować na czynniki pierwsze?! 

Luniek spojrzał na nią ze zgrozą, a potem przeniósł wzrok na książkę. Potem znów na nią i na książkę. 
Powietrze dałoby się kroić nożem. Nawet Glizdek zorientował się, że coś jest nie tak i przełknął głośno ślinę. Lilly cofnęła się o kilka kroków pociagając za sobą koleżanki. Ja podrapałem się po karku, bo nie bardzo miałem wpływ na cokolwiek w tamtej chwili. Rogaty chyba zapomniał że ma być powazny, bo jednym machnięciem różdżki związał ze sobą sznurowadła sześciu Ślizgonom. 


Luniek wpadł w szał. Pewnie nikt by mu ot tak nie próbował zabrać tej książki, gdyby wiedział, ale nikt nie wiedział co też on czyta... w stronę nauczycieli poleciały wszystkie możliwe zaklęcia, a kiedy go rozbroiłem (pchły na tą króciuteńką sekundę odpuściły, no a poza tym mój świetny refleks nie mógł mnie zawieść w takiej chwili!), rzucił się na nauczycieli z pięściami! normalnie jak nie Luniek! Rogaty złapał go jeszcze w ostatniej chwili w pół, co skończyło się podbitym okiem i dopiero zaklęcie paraliżujące rzucone przez Tilgrey'a go powstrzymało. 
McGonnagall spojrzała na książkę, którą odebrała Luniaczkowi i przetoczyła po nas mrożącym krew w żyłach wzrokiem. 
- Który wyjaśni mi CO.. TO... JEST?! - wydyszała z wściekłością. 
- Nie wiem - odparł niewinnie Rogaty gapiąc się w błękitny sufit Wielkiej Sali. 
- Aha. Nie wiesz. A tyle się tego naszukaliśmy... bo z tego co pamiętam, to skonfiskowałam ją tobie Potter! 
- MNIE?! - Rogaty zrobił minę tak niewinną, że nawet ja mu przez chwilę uwierzyłem. No dobrze, przez naprawdę krótką chwilkę PRAWIE mu uwierzyłem. - A po co by mi była taka książka, przecież ja nie marnuje czasu nad ksią....eeee.... to znaczy ja chciałem.... 
- Najwidoczniej po to, by jak widać, inni mogli go bezproduktywnie marnować i nie przeszkadzać ci w robieniu zamieszania! - McGonnagall była już dużo mniej wściekła i nawet podśmiewała się z Rogaczowej wpadki o marnowaniu czasu nad książkami
- MI?! Przecież ta wojna na jedzenie to nie ja!!!!!! - próbował się bronić Rogacz. No tak, jak zwykle cała wina na mnie. Magiczna pchła ugryzła mnie za uchem. Do drapania tym razem podskoczyła mi noga - trochę psich odruchow czasami jednak miewam. McGonnagall popatrzyła sie na mnie tak, jak mugol popatrzyłby na ducha. Czyli tak, jakby zobaczyła Sklątkę Tylnowybuchową pod świąteczną choinką. Owiniętą wstążeczką i podpisaną "Od Mikołaja".
- Black, czy ty mi możesz powiedzieć co ty, na brodę Merlina, wyrabiasz? i o co tu w ogóle chodzi?! 
- A nieee, to tylko taki przypadek.... my nie chcieliśmy! 
- dobra dobra, już ja znam te wasze przypadki! szlaban! macie szlaban! wszyscy macie szlaban! a Lupin ma szlaban do odwołania! 
To chyba otrzeźwiło Luniaczka, bo spojrzał ze swojego odrętwienia na McGonnagall z dzikim przerażeniem w oczach.

Kiedy McGonnagall wyszła, minęła nas grupka uczniów. Wśród nich była Evans, jak zwykle z nosem wycelowanym w sufit i tą swoją obrażoną minką, ale kiedy Rogaty nie patrzył uśmiechnęła się krzywo i machnęła w moją stronę różdżką, a pchły zniknęły. Ta dziewczyna to ma jednak wyczucie czasu, już czułem że moje ręce się wyciągają, by spróbować podrapać to miejsce na plecach do którego nigdy nie da się dosięgnąć.  

przez następne kilka dni szorowaliśmy łazienkę prefektów ręcznie. malutkimi szczoteczkami. Tak się kończy bycie porządnym.

no i tak właśnie postanowiliśmy jednak nie być porządni. 
poza tym - jak moglibyśmy być porządni, skoro najporządniejszy z nas Luniek dostał najdłuższy szlaban? 
To już chyba rozwalanie Hogwartu lepiej nam wychodzi! 

Ale o rozwalaniu Hogwartu to już następnym razem.... ;) 
Trzymajcie się! 

Wasz 
WSPANIAŁY! 

swiat-rogacza 2011-01-28 11:51:57
skomentuj (3)